O co tak naprawdę chodzi Magdzie Gessler?

Nigdy nie sądziłem, że kiedykolwiek będę pisał o sprawach kulinarnych. Nigdy o nich nawet nie myślałem. Potrzeba chwili i serca sprawiła, że postanowiłem się nieco nad nimi pochylić. Nie będzie to w żadnym razie tekst poświęcony przepisom czy wykwintnym potrawom. Nie znajdzie się w nim również ocena dań. Znam tylko jednego człowieka, który godzi krytykę kulinarną z teatralną. To Maciej Nowak. To on posiadł monopol na łączenie tych sztuk, choć każdą w gruncie rzeczy zajmuje się osobno. Nie jestem Maciejem Nowakiem, więc obiecuję, że to mój pierwszy i ostatni raz i za chwilę wrócę do edukacji i kultury.

Do napisania tekstu zainspirowała mnie (a raczej zmusiła) postawa pewnej restauratorki, którą do grona anielic trudno zaliczyć. I nie jest to wcale przytyk. Kiedy prowadzi się program, który ma budować napięcie, kiedy ma być w nim nieco agresji i siły, kiedy słaby wulgaryzm ma mocować się z silniejszym wulgaryzmem, trzeba mieć pazur. I Magda Gessler, bo o niej mowa, ma nie tylko jeden. Burza blond loków amortyzuje tę prawdziwą burzę, która pęta się we wnętrzu słynnej restauratorki. To ją łączy z Violettą Villas. Z zewnątrz delikatność, wewnątrz drapieżność. Mógłbym napisać „złośliwość”, ale zakrawałoby to już na nadużycie. Magda Gessler ma zapewne tylu samo zwolenników, co przeciwników. Nie prowadziłem w tym kierunku żadnych badań, więc niech pozostanie to zwyczajnym założeniem. Jedni uwielbiają ją do granic miłości, drudzy nienawidzą do granic nienawiści. Każdy z obozów ma swoje racje. Nie identyfikuję się na zabój ani z jedną, ani z drugą grupą. Oglądałem tylko te odcinki „Kuchennych Rewolucji”, które dotyczyły znanego mi regionu. Oglądałem również po to, by zobaczyć, jak Gessler menedżersko radzi sobie w trudnych sytuacjach. Oglądałem również dlatego, że czasem trzeba zwrócić się w kierunku innym niż kultura wysoka, by najzwyczajniej w świecie odpocząć.



Pierwsza przyczyna była jednak zawsze tą najważniejszą. Z radością zasiadłem przed telewizorem, by obejrzeć odcinek, który miał być poświęcony restauracji w Brennej, malowniczej miejscowości na Śląsku Cieszyńskim. Restauracja ta nazywa się dzisiaj „Owce i Róża” i znajduje się przy ulicy Góreckiej 5, zaraz przy wjeździe do Brennej od strony Górek Wielkich. Jest po drodze, więc łatwo ją znaleźć. Magda Gessler odwiedziła to miejsce jakieś dwa lata temu. Restauracja przeszła rewolucję i otrzymała stosowne rekomendacje. Zachwytom restauratorki nad metamorfozą nie było końca. Nie zabrało ciepłych słów, serdecznych życzeń i pamiątkowych zdjęć. Dzięki interwencji Gessler knajpa nie tylko przetrwała, ale i odżyła. Wstawiono jej nowe serce, które bije do dzisiaj. Respirator tłumu gości by nie wytrzymał. Dzięki Gessler biją też serca właścicieli, które na skutek niepowodzeń pęknąć miały. Restauratorka odwiedziła „Owce” chyba tylko jeszcze raz, w styczniu tego roku, w dodatku prywatnie, utwierdzając właścicieli w słuszności obranej drogi. Znowu pamiątkowe zdjęcia i tak dalej, i tak dalej...

O tym, że mam słabość do Śląska Cieszyńskiego, pisałem już wiele razy. Słabość ta nie wynika jedynie z faktu, że z terenów tych pochodzi rodzina mojej żony. Słabość wynika z fascynacji kulturą, ludźmi i miejscem. Imponuje mi prawda, z którą stykam się tam na każdym kroku. Imponuje mi pracowitość ludzi i skrupulatne dążenie do celu. Odwiedziliśmy tę historyczną krainę podczas tegorocznych wakacji. Zawitaliśmy również do Brennej. Było to 26 lipca. Kulinarny szlak poprowadził nas do restauracji „Owce i Róża”. Z trudem znaleźliśmy miejsca dla pięciu osób. Nie zamierzam rozwodzić się nad naszym tam pobytem. Było wzorowo. Pod każdym względem. Potrawy pyszne, podane apetycznie. Solidne porcje za rozsądną cenę. Obsługa profesjonalna. Kelnerzy postępowali zgodnie z sugestiami Magdy Gessler i dbali o to, by gościom niczego nie brakowało. Do tego troszczyli się o zwierzęta. Byliśmy z psem. Odjechaliśmy z myślą, że na pewno do „Owiec” jeszcze wrócimy. I tak będzie.

Jakież było moje wczorajsze zdziwienie, kiedy na facebookowej stronie „Owce i Róża” przeczytałem komentarz Magdy Gessler o słabości tej restauracji i o tym, że nie przyzna jej rekomendacji, nie wspominając już, że nie zamieści jej w swoim przewodniku. A wszystko to na skutek jednego negatywnego komentarza, który zamieściła na jej profilu niezadowolona klientka. W swojej naiwności sądziłem, że miejsca, które za sprawą dotknięcia przez nią czarodziejską różdżką powstają ze zgliszczy, stają się dumą Magdy Gessler, że troszczy się o nie jak o własne dzieci... Tymczasem, jak się okazuje, wcale tak nie jest... Nie sukces restauracji napawa Gessler prawdopodobnie radością. Można się domyślać, że jak nie wiadomo, o co chodzi... Wkraczamy na pole socjologii. Głos restauratorki spotkał się natychmiast z falą krytyki ze strony ogromnej liczby zadowolonych gości. Bunt w narodzie! I słusznie! To jest właśnie siła Śląska Cieszyńskiego. Ale nie tylko, bo komentarze popłynęły z całego kraju. Restauracja „Owce i Róże” ma się bardzo dobrze. O jej ważnym miejscu na kulinarnej, turystycznej, ale i kulturalnej mapie Brennej zdecydowali licznie odwiedzający ją mieszkańcy Brennej i okolic, a także turyści. Dzięki nim przetrwa! Rozczarowała mnie Magda Gessler, której nie o pomoc idzie chyba najbardziej... „Kuchenne Rewolucje” zapewniły jest status celebrytki, a co sądzę o celebrytach, napisałem w poprzednim tekście.

PS Przybywajcie do Brennej, przybywajcie do „Owiec”. Warto!

Trwa ładowanie komentarzy...