W hołdzie Wierze Gran

Nie będę oszukiwał. Nie znam twórczości Remigiusza Grzeli. Żałuję. Żałuję nie dlatego, że nie znam, ale dlatego, że nigdy nie miałem chęci jej poznania. Nigdy nie postrzegałem go jako autora, którego trzeba znać. Wiedziałem, że jest dziennikarzem, poetą, prozaikiem, dramaturgiem. Wiedziałem, że zajmuje się reżyserią. Wiedziałem, że współpracuje z ważnymi artystami. Nie wiedziałem tylko, że posługuje się stylem, który jest w stanie zawładnąć czytelnikiem bez reszty. Nie wiedziałem, że styl jego jest jak narkotyk, który uzależnia, wciąga, odrywa od rzeczywistości, choć rzeczywistość wyraża. Na szczęście już wiem. Dzięki powieści „Bądź moim Bogiem”, wydanej przed miesiącem przez wydawnictwo "Prószyński i S-ka". To ona rządziła moim czasem przez ostatnie kilka dni. Rządziła też moim sercem i duszą. Może refleksja moja wielu wydać się banałem, ale już dawno żadna książka nie była mi tak bliska. A trochę ich już w życiu przeczytałem.

Trudno być pisarzem dyskretnym. Grzela udowodnił, że jednak można. Można być w pisaniu nie tylko dyskretnym, ale również intymnym. Można opowiadać o świecie, nie otwierając drzwi na oścież, a jedynie lekko je uchylając. Tak właśnie uczynił Grzela. Zaprasza czytelnika do świata Wiery Gran, ale zachęca, by podglądać go raczej przez dziurkę od klucza. Sądzę, że to właśnie z szacunku i sympatii do polskiej piosenkarki, aktorki kabaretowej i filmowej żydowskiego pochodzenia. Nawet jeśli nie do niej samej, co jest wątpliwe, to do wydarzeń, które odcisnęły piętno na jej dojrzałym życiu. Ocala książką relację ze spotkania ze śpiewaczką w ostatnich latach jej życia. Dąży przy tym do prawdy nie tylko o niej, ale i o innych bohaterach, bo losy wszystkich splatają się ze sobą, zazębiają. W konsekwencji książka staje się opowieścią o człowieku, jego słabościach, kompleksach, pokręconej psychice. Wyjawia prawdę o nas samych. Może dlatego właśnie tak trudno przestać ją czytać? Może właśnie dlatego trudno nie identyfikować się z zarysowanymi w niej problemami?



Bohaterem książki jest młody warszawski dziennikarz. Zupełnie przypadkiem spotyka on w metrze Erikę, żonę zmarłego poety Borysa, która zniknęła przed trzydziestoma laty i nie wiadomo, co się z nią przez ten czas działo. Mężczyzna postanawia odszukać ją, by zrozumieć, co takiego się stało. Nie przypuszcza (skoro on, to tym bardziej czytelnik), że śledztwo zaprowadzi go do domu wspomnianej wcześniej wielkiej Wiery Gran. Prawda, że brzmi intrygująco? Skoro już z pierwszych stron książki wiadomo, że jedną z bohaterek jest Erika, wiadomo również, że Wiera Gran nie jest jedyną postacią, którą czytelnik spotyka na tej literackiej drodze, żeby nie napisać – podczas pasjonującej literackiej podróży (duchowej, ale i fizycznej, bo czytelnik wraz z bohaterem odwiedza bardzo konkretne miejsca). Dziennikarz staje się poniekąd śledczym, ale śledczym, któremu nie jest obce człowieczeństwo, który zna się na wartościach. Ukazując działania dziennikarza, wprowadza Grzela do powieści wątek detektywistyczny (a może nawet i kryminalny?). Nie tylko zresztą to zaświadcza o jego obecności. Naszkicował Grzela niezwykle interesujące portrety psychologiczne, obnażając i demaskując (to złe słowo) swoich bohaterów. Usprawiedliwia przy tym ich niektóre postawy i zachowania. Przede wszystkim stara się je zrozumieć.

To w gruncie rzeczy książka głęboko psychologiczna. No właśnie. Wielowątkowa. Wieloznaczeniowa. Trzymająca w napięciu. Wywołująca skrajne emocje. Prawdziwa, choć z prawdą, żeby była jasność, miesza się tutaj fikcja, pomimo aluzji biograficznych. Przez to magiczna. Opowiada o tragiczności ludzkiej egzystencji, o samotności człowieka. Opowiada o straconej miłości, utraconych nadziejach. Jest hołdem złożonym zapomnianej Wierze Gran.

Trwa ładowanie komentarzy...