Nauczyciele bez pasji muszą wyginąć...

Obejrzałem przed chwilą fragment programu, w którym specjalistka od żywienia tłumaczyła, jak przechowywać owoce, by nie tylko nie zepsuły się, ale również nie straciły swoich walorów smakowych, nie wspominając już o właściwościach. Uświadomiłem sobie, że jest to jedna z moich pierwszych lekcji w tym zakresie, a którą powinienem odrobić już w szkole podstawowej. Natychmiast spojrzałem na leżącą na stole paterę z owocami. Nie przeszedłbym u specjalistki od żywienia do następnej klasy. Nie znam prostych sposobów na utrzymanie owoców w świeżości. Nie pozostaje mi nic innego jak jedzenie nadgniłych jabłek i pomarańczy. Mogę się również douczyć. Obroniłbym się może znajomością budowy ameby, choć i to po tylu latach wątpliwe.

Uczniowie coraz częściej pytają, po co im szkoła w takim kształcie, w jakim się obecnie znajduje. Po co im wiedza, z której tak rzadko korzystają w codziennym życiu. Do czego im znajomość budowy choćby przywołanego wyżej pełzaka. Takie pytania wprawiają nauczycieli w osłupienie, bo często i oni nie znają na nie odpowiedzi, choć ci bardziej refleksyjni sami zastanawiają się, na ile dzisiejsza szkoła przystaje do współczesności. Wielu z trudem łączy wykładany przedmiot z rzeczywistością, przez co nie potrafi wzbudzić wiarygodności wśród swoich uczniów. Naturalnie, nauczyciele nie mają wpływu na zakres podstawy programowej. Mają jednak ogromny na sposoby jej realizacji. Wielokrotnie pisałem, że szkoła sama w sobie przestała być niezastąpionym źródłem wiedzy, a pedagodzy ostatecznymi wyroczniami. Nauczyciele bez pasji muszą wyginąć, to darmo; dzisiejszy świat nie dla nich. Dziękuję, Bolesławie Prusie! Inaczej uduszą się w gąszczu ról i zadań, którym w stanie sprostać są tylko ci, którzy potrafią przekonać uczniów do swojej autentyczności, którzy są w stanie uczyć ich, nie przedmiotu, a przedmiotu na ogół uczą. W zawodzie tym nie jest sztuką znać się na swojej dziedzinie. Sztuką jest rozkochać w tej dziedzinie innych. W tym przypadku – uczniów. Przemawianie z piedestału obecnie się raczej nie sprawdzi. Argumentacja profesora Bladaczki na pewno nie. Ale współbycie i żywa współpraca z uczniami już tak. To również właściwa droga dla tych, którzy pragną budować swój rzeczywisty autorytet. Kij przestał być odpowiednim narzędziem. Codziennie przyglądam się relacjom między nauczycielami i uczniami. Wygrywają ci nauczyciele, którzy nie stronią od pedagogiki pozytywnej i nie boją się budować współpracy z uczniami na ich mocnych stronach. Wydają się być nawet bardziej szczęśliwi i spełnieni, ponieważ zaczynają dostrzegać sens. Nie toną we wszechogarniającej nauczycieli frustracji. Nie drżą, kiedy uczeń zaczyna przewyższać mistrza, bo zdają sobie sprawę, że nic piękniejszego w zawodzie spotkać ich nie mogło.

Wspomnianą specjalistkę od żywienia można spokojnie porównać do nauczyciela-przewodnika. Sposób, w jaki opowiadała o owocach, sprawił, że u oglądającego program z jej udziałem pojawiła się chęć, a nawet potrzeba, uzupełnienia zaprezentowanej przez nią wiedzy. Może nawet jej zweryfikowania. Zadanie nauczyciela jest bardzo podobne – podać uczniowi wiedzę tak, by ten chciał zgłębić temat we własnym zakresie. Czyż nauczycielowi nie powinno chodzić o to, by rozbudzać uśpiony zapał? Warto też na nowo pochylić się nad celem pracy nauczyciela. Nie idzie o to, by nauczył on swoich uczniów, ale zachęcił ich tak, by sami chcieli się uczyć, pokazać, że z większą wiedzą być może łatwiej będzie im się żyło. To trudne do wykonania. Trudniejsze niż zmuszenie do wyuczenia się pojęć czy wzorów. Właśnie dlatego nauczyciel stale powinien doskonalić swoje umiejętności metodyczne i dydaktyczne. Właśnie dlatego powinien uzupełniać swoją wiedzę z zakresu pedagogiki i psychologii. Dla dobra swojego, które być może udzieli się i jego uczniom.
Trwa ładowanie komentarzy...