O autorze
Jestem doktorem nauk humanistycznych, polonistą, wykładowcą akademickim, pedagogiem, dyrektorem Technikum nr 15 im. Marii Skłodowskiej-Curie we Wrocławiu, publicystą, a także autorem wydanej pod koniec 2015 roku biografii Krystyny Sienkiewicz - "Krystyna Sienkiewicz. Różowe zjawisko". Publikuję w „Polonistyce”, „Teatrze”, „Dyrektorze Szkoły”, „Kwartalniku Edukacyjnym” i "Edukacji i Dialogu". Współpracowałem jako recenzent z Nową Siłą Krytyczną Instytutu Teatralnego im. Z. Raszewskiego w Warszawie, wortalami: „Dziennik Teatralny” i „Teatr dla Was”. Poza pisaniem recenzji zajmuję się również przeprowadzaniem wywiadów z aktorami, reżyserami i innymi osobami, dla których sztuka ma ponadprzeciętne znaczenie. W serwisie „naTemat.pl” dzielę się przede wszystkim refleksjami na temat edukacji, obejrzanych spektakli teatralnych, filmów, przeczytanych książek. Staram się również komentować polską, i nie tylko, szeroko pojętą kulturalną i społeczną rzeczywistość.
Mieszkam we Wrocławiu. Mam cudowną żonę - Mariolę. Należę do grona wielbicieli poczucia humoru Woody’ego Allena i marzę, by nakręcił film o absurdalnej Polsce. Zapraszam do kontaktu mailowego: grzegorz.cwiertniewicz@wp.pl, a także poprzez stronę na Facebooku.

Poloniści, z czego się śmiejecie?!

Przed nauczycielami języka polskiego ogromne wyzwanie. Muszą znaleźć sposób, by połączyć przeszłość ze współczesnością. Muszą znaleźć sposób, by połączyć pokolenia. O tym, że młodzi żyją najczęściej teraźniejszością wiedzą poloniści choćby z wierszy-manifestów, które otwierały przecież niejedną epokę.

Szkoda, że w wielu przypadkach wiedza nie idzie w parze z refleksją, szkoda, że tak trudno o analogię. Jeżeli pozytywiści nie zachwycali się romantyzmem, to dlaczego współczesna młodzież ma zachwycać się i romantyzmem, i pozytywizmem, i wieloma innymi okresami literackimi? Dlaczego nie może swoim kanonem literatury wyrazić swojego buntu, a może i siebie? Dlaczego nie może manifestować trudu współczesności ucieczką do fantasy? Czy dlatego, że to niezgodne z przyjętym schematem, czy też dlatego, że polonistom nie chce się sięgać po utwory, które czytają ich uczniowie? Dlaczego tak niewielu pragnie ich zrozumieć?



Takie pytania, może nie dla wszystkich ważne, nasunęły mi się po tegorocznej sesji maturalnej, zwłaszcza po jej części pisemnej, kiedy to poloniści z wielu ośrodków wyrażali się niepochlebnie o tekstach kultury, do których maturzyści odwoływali się w swoich wypracowaniach. Gdybym nie uczestniczył w pracach, gdybym nie miał wglądu do arkuszy, nie wymądrzałbym się na pewno. Ale dane było mi przeczytać kilkadziesiąt rozprawek i kilka interpretacji wiersza Wierzyńskiego. Z czystym sumieniem mogę więc stwierdzić, że nie było tak źle. W ogóle nie było źle. Było adekwatnie do wieku, poziomu i czasów. Zaskoczył mnie może jeden przywołany tekst kultury – „Świat według Kiepskich”, ale argumentacja, którą posłużył się piszący, obroniła wybór. Mógłbym, rzecz jasna, obrazić się na cały świat. Mógłbym uznać autora wypracowania za przedstawiciela marginesu społecznego, jak wielu na moim miejscu uczyniłoby z radością. Ale po co?! Na szczęście wyrosłem z tego. Być może nikt nie wyjaśnił temu młodemu człowiekowi, że choć serial, owszem, jest tekstem kultury, to tytuły trzeba dobierać z większą rozwagą. W innych wypracowaniach pojawiał się Camus, Sienkiewicz, Prus, Dostojewski, Conrad, Hemingway, Krall, Nałkowska, Orzeszkowa i wielu innych pisarzy, o których młodzi ludzie usłyszeli być może od swoich nauczycieli. Nie brakowało, naturalnie, odniesień do Tolkiena, Sapkowskiego czy Rowling. Ale dlaczego miałoby tych tekstów nie być? Zaimponowali mi młodzi ludzie również doborem filmów z dorobku Wajdy czy Spielberga. Dorzeczne były przykłady z najbardziej współczesnej kinematografii. Aluzje do spektakli teatralnych rozmiękczyły mnie totalnie. Czego więc chcieć więcej? Czy nie chodzi o to, by maturzysta umiał obronić swoje zdanie, dobierając właściwe argumenty?

Czego więcej chcą poloniści? Dlaczego szydzą z zainteresowań i wiedzy swoich uczniów? Wynika to być może z tego, że choć tyle mówią o różnych wartościach, sami ich u siebie nie pielęgnują. Tyle mówią o tolerancji, otwartości, odkrywaniu siebie, a w konsekwencji nie różnią się od Bladaczki i za nic mają zdanie Gałkiewicza. To smutne, ale Gombrowicz mógłby i dzisiaj o tych polonistycznych relacjach wiele napisać. Niewykluczone również, że nauczyciele nie potrafią uporać się ze zmianą cywilizacyjną, że nie dopuszczają „nowego”. Dręczą się przy tym, toną we frustracji, wypalają się zawodowo, a to wszystko dla Słowackiego. Żeby była jasność. Arcydzieła - rzecz święta i ważna, bo przecież „nie miecz, nie tarcz”! Ale może nie do końca święte są metody i sposoby mówienia o nich? Może warto spojrzeć na nie z dystansem i dyskusję o Norwidzie rozpocząć na przykład od książki, którą uwielbiają uczniowie, udowadniając im tym samym, że wartości, prawdy i problemy wcale nie straciły na aktualności? Utyskiwanie nie przyniesie pozytywnej przemiany. Warto uświadomić sobie stan rzeczy i próbować odnaleźć się w rzeczywistości. Polonista nie może stale narzekać, dąsać się, wyrażać niezadowolenie, nie uśmiechać się. Nie może, ucząc wyrażania własnych poglądów, kpić z argumentów innych za każdym razem. A tekst kultury jest przecież argumentem, jest głosem w sprawie. Polonista, jeśli ma być przewodnikiem po świecie literatury, jeżeli ma łączyć przeszłość z teraźniejszością, nie może być cyborgiem. Musi rozumieć! Musi znać współczesne problemy! Musi zarażać empatią! Zaczyna być trochę jak u Gogola. W tym samym maju w wielu polskich miastach śmieją się poloniści. Z czego? Z samych siebie! Bo przecież w dużej mierze poziom wypracowań maturalnych zależy od samych polonistów. Przykłady tekstów kultury również.
Trwa ładowanie komentarzy...