Giulietta Masina w Leśnicy

Małgorzata Bogdańska z monodramem „Nie lubię pana, Panie Fellini” przyjechała do Wrocławia w bardzo dobrym momencie. Zaprezentowała go przed publicznością na trzy dni po dwudziestej trzeciej rocznicy śmierci wybitnej aktorki – Giulietty Masiny. Kiedy dowiedziałem się, że powstał monodram opowiadający o życiu tego barwnego filmowego włoskiego małżeństwa, zadrżałem.

Zadrżałem, ale nie miało to w żadnym razie nic wspólnego z nazwiskami inicjatorów tego przedsięwzięcia. Pomyślałem od razu o odwadze, jaką musieli odnaleźć w sobie twórcy spektaklu, by zmierzyć się z tą niełatwą przecież historią. Zastanawiałem się również nad samoświadomością aktorki, która wzięła na siebie odpowiedzialność za „swoją” Masinę. Mogła albo dużo zyskać, albo wszystko stracić. Okazało się, że obawy były zupełnie niepotrzebne. Małgorzata Bogdańska poradziła sobie z rolą doskonale. Może – bardzo dobrze. Może – dobrze. Na pewno nie gorzej. Myślę, że opinię tę gotowi będą potwierdzić widzowie, którzy oglądali wczoraj spektakl wraz ze mną w Centrum Kultury „Zamek” w Leśnicy.



Aktor, który porywa się na monodram, musi mieć albo duże poczucie wartości (zbudowane przez nietuzinkowe dokonania aktorskie), albo nie mieć żadnych kompleksów i żyć w artystycznej nieświadomości. Nie znam pobudek Małgorzaty Bogdańskiej. Niewiele też wiem o niej jako o aktorce. Dowiedziałem się natomiast, że zajmuje ją Giulietta Masina, a przedstawienie, które wyreżyserował Marek Koterski, stało się poniekąd hołdem złożonym żonie Felliniego. Odrzucam więc argumenty finansowe, choć spektakl zrodził się z inicjatywy impresaryjnej i musi na siebie zarabiać. Wiele przedstawień impresaryjnych sięga intelektualnego dna. Ich poziom jest fatalny, a twórcy nastawieni są głównie na szybki zysk. Na szczęście nie taka idea przyświecała Bogdańskiej i Koterskiemu – teatralno-filmowemu małżeństwu. Prawda, że piękny zbieg okoliczności?! W grze aktorki widać było fascynację Masiną. Dostrzec można było również prawdę lub przynajmniej półprawdę. Na pewno zauważalna była prawdziwość intencji. Na pewno widać było związek emocjonalny aktorki z bohaterką. Ale to później.

Początek, co przyznaję z pełną odpowiedzialnością, nie zwiastował powodzenia. Takie wrażenie można było odnieść przed wejściem aktorki na scenę. Pustą scenę. Bez scenografii. Bez ważnej dla spektaklu oprawy. Potwierdziła się jednak utarta już myśl, że dobry aktor obroni się sam. Wystarczą mu środki wyrazu i publiczność, przed którą może się nimi popisać (w dobrym tego słowa znaczeniu). Tak zadziało się w przypadku Bogdańskiej. Jej pojawienie się na deskach natychmiast rozwiało wątpliwości. Weszła i wyszła jako Giulietta Masina. Żeby była jasność – nie była to kreacja idealna. Nieco przerysowana. Dało się wyczuć zmęczenie aktorki, które widoczne było choćby w przejęzyczeniach, w zbyt częstych „wypełniaczach” (np. „yyy”), w niewyraźnej dykcji (w kilku kwestiach). Ale czy sama Masina nie zmęczyła się w końcu życiem? No właśnie. O tym zmęczeniu opowiadał monodram. Uchwycono w nim najważniejsze wydarzenia z życia Masiny i Felliniego. Można potraktować to przedstawienie jako historię ich historii w pigułce.

Ale nie o opowieść o życiu szło tym razem. Myślę, że głównym problemem, który chciała wyeksponować Bogdańska, był tragizm Masiny. Tragizm, który potęgowała paradoksalnie samotność. Bogdańska bezpardonowo, choć może mimowolnie, obnażyła Masinę z jej nieszczęścia. W pewnym sensie tłumaczyła Masinę przed nią samą. Tłumaczyła siłę miłości. Może nawet trochę chorej. Pokazywała bezgraniczność ludzkiego poświęcenia. Dlatego właśnie Masina Bogdańskiej nie była śmieszna, choć uśmiechała się, ale raczej tylko pozornie. Jej Masina jest smutna, co nie oznacza, że nie bywa zabawna (dzięki komediowemu zacięciu Bogdańskiej właśnie).

Trwa ładowanie komentarzy...