O rawickim "Bodo"

Ubiegły rok należał do Eugeniusza Bodo, aktora teatralnego i filmowego, ale również reżysera, scenarzysty, tancerza i piosenkarza. Na rynku wydawniczym bowiem ukazały się co najmniej dwie biografie artysty, a Telewizja Polska wyemitowała serial pt. „Bodo”, który może nie należał do najgorszych, ale takim okazał się Tomasz Schuchardt, rzecz jasna, jako tytułowy bohater. Aż strach wybrać się do kina, by zobaczyć, co zostało z jego roli w okrojonej wersji filmowej. Niezależnie od tego istotnego mankamentu, dobrze stało się, że postawiono przywrócić pamięć o tym charakterystycznym aktorze.

O Bodo upomniał się również teatr. Stało się to za sprawą Dariusza Taraszkiewicza, reżysera i aktora, który zamknął historię legendarnego artysty w blisko półtoragodzinnym musicalu. Może „musical” to nazbyt górnolotne określenie, ale „minimusical” odda sedno sprawy. Choć od premiery przedstawienia minęło już trochę czasu, wciąż cieszy się ono niemałą popularnością. Trudno się dziwić. To rzecz, pomimo obecności motywów dramatycznych, raczej lekka, łatwa i przyjemna. To spektakl mocno rozśpiewany i tak samo roztańczony. Dlatego trudno o wolne miejsca na widowni – nie tylko w Domu Kultury w Rawiczu, w którym powstał, ale również w wielu innych miastach, bo grany jest w różnych zakątkach Polski. Taraszkiewicz doskonale odnajduje się w tej formie teatralnej, bo przez wiele lat był aktorem Teatru Muzycznego w Poznaniu. Trudno więc w tym przypadku dyskutować z jego wyczuciem – i tanecznym, i muzycznym. Udało mu się połączyć w zgrabną całość i muzykę, i piosenki, i dialogi mówione i taniec. To doskonałe miejsce, by wspomnieć o widocznej pracy choreografki – Agnieszki Brańskiej.



Trafiony okazał się również dobór aktorów. W głównej roli – Dariusz Kordek. Zdarza mi się nadużywać słowa „fenomenalny”, ale nie mogę sobie odmówić przyjemności użycia go i względem tego aktora. Schuchardt mógłby się od niego wiele nauczyć. Myślę tu przede wszystkich o technice aktorskiej, bo wdzięku nauczyć się nie da. A wdzięk był wytrychem Eugeniusza Bodo. Do wdzięku artysty wzdychały kobiety. We wdzięku zakochiwały się przecież. Kordek oszołamiał nim bezsprzecznie. Na nim zbudował swoją rolę – rolę godną podziwu i uznania. Nie sposób nie wspomnieć tutaj o walorach głosowych aktora, o jego zwinności i scenicznym obyciu. Kordek nie czuje Bodo. On się nim po prostu na pewien czas staje. Niewykluczone, że bywa nim również na co dzień. Spektakl należy do Kordka – i to nie tylko dlatego, że gra główną rolę. Nie oznacza to jednak, że bez pozostałych aktorów przedstawienie byłoby tak samo interesujące. Uroku widowisku dodaje bez wątpienia Agnieszka Darkowska. Jej Reri fascynuje niebywale. Darkowska nie jest aktorką. Zajmuje się tańcem. Ale jeśli się dobrze postara, będzie mogła mieć aktorstwo u swoich stóp. Wyśmienicie odnajdzie się w przyszłości i w rolach komediowych, i dramatycznych. A to wszystko dzięki prawdzie, którą emanuje, dzięki scenicznej lekkości i wyczuciu sceny, dzięki wspaniałemu kontaktowi z publicznością, z którą wchodzi nieświadomie w piękne interakcje. Trudno póki co dookreślić dzięki czemu jeszcze, ale sądzę, że kolejne role młodej artystki pozwolą na szersze omówienie jej predyspozycji. Zaryzykuję w każdym razie stwierdzenie, że ma szasnę stać się aktorką charakterystyczną. Ufam, że Taraszkiewicz (a może i inni) da jej szansę na teatralny rozwój. Bardzo dobrze radził sobie również inny tancerz – Kamil Kuroczko. Kreował w spektaklu Witolda Rolanda. Sądzę jednak, że powinien skupić się na tym, co wychodzi mu najlepiej, a więc tańcu właśnie. W roli Jadwigi Smosarskiej wyróżniająco odnalazła się Małgorzata Kampa – utalentowana, urodziwa, pełna wdzięku tancerka. Reżyser wystąpił w dwóch rolach – dziennikarza i żebraka. Obu nadał charakterystyczności i autentyczności.

Minimusical Dariusza Taraszkiewicza nie jest rozbudowaną opowieścią o życiu Eugeniusza Bodo. Pomysł na jego reżyserię wypłynął raczej z potrzeby ukazania talentu, co tu dużo mówić, wielkiego artysty. Spektakl jest swoistą podróżą po minionych czasach. Podróżą - i to chyba nawet w dosłownym tego słowa znaczeniu. Widz wraz z wykonawcami przemieszcza się od stacji do stacji - dzieciństwo, młodość, teatr… To podróż okraszona piosenką i żartem. Jak wspomniałem na początku, nie brakuje w przedstawieniu wspomnień o tragicznych momentach z biografii Bodo – jak choćby o jego śmierci w łagrze w Kotłasie – ale to nie one stanowią oś widowiska. Są co najwyżej kontrastem dla obfitej wesołości i dowcipu. Rawicki „Bodo” to spektakl, którym nie da się rozczarować, jeżeli weźmie się pod uwagę jego rozrywkowe przeznaczenie. A ono wydaje się być tutaj celowe i najważniejsze.

Trwa ładowanie komentarzy...