Czy nauczyciele są lewusami?

Nie. Stwierdzenie to powinno wystarczyć za całą odpowiedź, ale wywołałoby burzę wśród tych, którzy twierdzą inaczej. Uogólnienie byłoby zresztą szkodliwe dla samych nauczycieli, nauczycieli, którzy tworzą jakość polskiej edukacji i to nie tylko dzięki temu, że wypełniają sumiennie swoje obowiązki. Tych, którzy uważają pedagogów za darmozjadów i lewusów niełatwo przekonać do innej racji.

Trudno wymazać ich przeżycia czy złe doświadczenia z czasów szkolnych, a to właśnie głównie przez ich pryzmat postrzega się rzeczywistość, której nauczyciele są częścią. Ważną częścią. Trzeba jednak próbować. I trzeba przypominać, że gdyby nie szkoła, gdyby nie konkretni nauczyciele, wielu nie osiągnęłoby celów, które z ich udziałem udało się osiągnąć. I to jest bezdyskusyjne. Nie chcę w tym miejscu pisać o roli domu, bo w tej sprawie głos, merytoryczny głos, powinni zabrać rodzice. Co prawda już George Herbert stwierdził, że „Jeden ojciec znaczy więcej niż stu nauczycieli” i nie zamierzam z tym poglądem dyskutować. Warto jednak, aby był to ojciec mądry, a z tym, jak pokazuje życie, jest różnie. Podobnie rzecz ma się z matkami. Nie jest spostrzeżeniem nowym fakt, że wielu rodziców nie radzi sobie z własnymi dziećmi. Wielu nawet nie próbuje. Wielu obowiązkiem wychowania obarcza szkołę, a tym samym – nauczyciela. Skoro już czynią to z wychowawczej niemocy, dobrze byłoby, gdyby chociaż specjalistom nie przeszkadzali. Często dzieje się inaczej. Nie wspomnę już, że wielu rodziców nie potrafi dostrzec u swego dziecka szczególnych uzdolnień, które dostrzegają nauczyciele i stwarzają możliwości rozwijania talentów. Tak, właśnie tak się dzieje! Łatwo jest zaprowadzić dziecko na lekcję nauki gry na pianinie, kiedy nauczyciel rytmiki oznajmi wcześniej, że drzemie w przedszkolaku niemały potencjał. Trudno jest ten potencjał dostrzec. Można odnieść to również do innych codziennych sytuacji. Nie tylko tych związanych z zainteresowaniami dzieci czy młodzieży.

Żyjemy w czasach, w których niełatwo pozorować pracę, bo jesteśmy rozliczani z niej przez wszystkich, a już zwłaszcza tych, którzy na konkretnej profesji się w ogóle nie znają. Nie myślę tu jedynie o nauczycielach, a o wszystkich grupach zawodowych. Co jakiś czas głośno o atakach społeczeństwa na lekarzy, prawników, policjantów, pielęgniarki, prawników, górników. I tak w kółko. Co do tego, że sami pozbawiamy się autorytetów, nie można mieć już żadnych wątpliwości. Nadejdzie jednak czas, kiedy na nowo będziemy szukali „nauczyciela i mistrza”, który miałby przywrócić nam „wzrok słuch i mowę”, nazwać na nowo „rzeczy i pojęcia”, oddzielić „światło od ciemności”. Ale nie o tym chcę pisać. Epoka lewusów się skończyła. Przynajmniej ja nie dostrzegam ich w swoim najbliższym otoczeniu. Nie twierdzę, że wokół sami pasjonaci, bo byłoby to ogromnym nadużyciem. Nie brakuje rzemieślników. Nie brakuje również czarnych owiec. Ale brakuje lawirantów. Zwłaszcza wśród nauczycieli, którzy już chyba nigdy nie zejdą ze świecznika. Bycie na świeczniku, jak się wielu wydaje, nie jest demotywujące, ale irytujące. Razi po oczach brak świadomości społeczeństwa, co do rzeczywistych zadań, które stawia się każdego dnia przed nauczycielami. Prawdą jest, że wielu już przestało się chcieć udowadniać, że nie są wielbłądami, ale nie przestało się chcieć pracować. A nie jest to zwykła praca, bo jak mało która polega na szlifowaniu młodych ludzi, kształtowaniu osobowości, rozbudzaniu pasji, ale i pomaganiu w rozwiązywaniu edukacyjnych problemów, praca, która polega na balansowaniu pomiędzy byciem urzędnikiem a człowiekiem, praca, której nie zostawia się w pracy. Nie przekonuje mnie argument, że dotyczy to również wielu innych zawodów. Warto bowiem mimo wszystko uwzględnić specyfikę.

Wierzę, że nauczyciel może stać się dla ucznia przewodnikiem po drogach życia. Wierzę, że może stać się wzorem godnym naśladowania, choć coraz rzadziej widzi się go w takiej roli. Odpowiedzialnych za degradację moralną zawodu znalazłoby się wielu. Również w samej grupie zawodowej. Siłą, która pomogła zdegradować, stały się media. Szukając sensacji, walcząc o widza i czytelnika, koncentrowały się głównie na niechlubnych, często nagannych, działaniach nauczycieli. Zniekształcały (i zniekształcają) wizerunek nauczyciela, przedstawiając jego pracę niezwykle krytycznie, co przyczyniało się (i przyczynia) w konsekwencji do powstawania, a co najgorsze utrwalania, stereotypów. Nie starały się choćby równoważyć, a więc docierać do szkół zatrudniających nauczycieli wybitnych (w każdej tacy są), przyjaciół dzieci i młodzieży, pasjonatów, których trudno wypędzić do domu.

Na szczęście do zawodu poważnie podchodzą badacze, którym leży na sercu rzetelne obrazowanie rzeczywistości. Do takiego grona naukowców należy bez wątpienia Anna Gajdzica, wykładowczyni cieszyńskiej filii Uniwersytetu Śląskiego, która popełniła bardzo ważną książkę, książkę ważną i dla nauczycieli, i dla dyrektorów, i dla rodziców. „Portret zbiorowy nauczycieli aktywnych. Między zaangażowaniem a oporem wobec zmian” to monografia, która, jak pisze profesor Tadeusz Lewowicki w „Przedmowie”, „wzmacnia optymizm i wiarę w to, że w społeczności nauczycielskiej są i będą liczni nauczyciele zaangażowani w swoją pracę zawodową i działania na rzecz innych ludzi”. Książka jest ogromną skarbnicą wiedzy o nauczycielu, jego zawodowych sukcesach i porażkach, ale przede wszystkim stanowi źródło informacji o pedagogach, którzy wyróżniają się swoją zawodową aktywnością. Ale nie tylko zawodową. Również społeczną. Wielu z nas działa bowiem na różnych polach – często od siebie odległych. O tym właśnie pisze Anna Gajdzica, przywołując na dowód wyniki przeprowadzonych przez siebie badań. Warto uzupełnić zaprezentowany portret o własne doświadczenia, do czego szczerze namawiam.

Krytycy zawodu nauczycielskiego powinni zastanowić się, czy naprawdę nigdy nie spotkali się z nauczycielami, którzy przejawiają ponadprzeciętne zaangażowanie, nauczycieli, którzy nie są obojętni na to, co dzieje się w szkole i lokalnym środowisku, nie wspominając już o krzywdzie dziecka? Zachęcam do refleksji i zweryfikowania obrazu utrwalanego i przez siebie, i przez przyjaciół czy znajomych, i przez środki masowego przekazu. Jeżeli szkoła ma kształtować osobowość i przygotowywać kolejne pokolenia do wypełniania podstawowych ról społecznych, pora rozpocząć z nią mądrą współpracę. Współpracę opartą na uznaniu kompetencji, zaufaniu i dialogu. Rodzice muszą pamiętać, że ich dziecko jest w szkole tylko chwilę, z nimi spędza całe życie. Im szybciej przestaną burzyć autorytet nauczyciela, tym szybciej znajdą w szkole przyjaciół, którym los ich dziecka naprawdę nie jest obojętny. Szybko też okaże się, że lewusów rzeczywiście nie ma!
Trwa ładowanie komentarzy...