O autorze
Jestem doktorem nauk humanistycznych, polonistą, wykładowcą akademickim, pedagogiem, dyrektorem Technikum nr 15 im. Marii Skłodowskiej-Curie we Wrocławiu, publicystą, a także autorem wydanej pod koniec 2015 roku biografii Krystyny Sienkiewicz - "Krystyna Sienkiewicz. Różowe zjawisko". Publikuję w „Polonistyce”, „Teatrze”, „Dyrektorze Szkoły”, „Kwartalniku Edukacyjnym” i "Edukacji i Dialogu". Współpracowałem jako recenzent z Nową Siłą Krytyczną Instytutu Teatralnego im. Z. Raszewskiego w Warszawie, wortalami: „Dziennik Teatralny” i „Teatr dla Was”. Poza pisaniem recenzji zajmuję się również przeprowadzaniem wywiadów z aktorami, reżyserami i innymi osobami, dla których sztuka ma ponadprzeciętne znaczenie. W serwisie „naTemat.pl” dzielę się przede wszystkim refleksjami na temat edukacji, obejrzanych spektakli teatralnych, filmów, przeczytanych książek. Staram się również komentować polską, i nie tylko, szeroko pojętą kulturalną i społeczną rzeczywistość.
Mieszkam we Wrocławiu. Mam cudowną żonę - Mariolę. Należę do grona wielbicieli poczucia humoru Woody’ego Allena i marzę, by nakręcił film o absurdalnej Polsce. Zapraszam do kontaktu mailowego: grzegorz.cwiertniewicz@wp.pl, a także poprzez stronę na Facebooku.

Teatralna lekcja fizyki

„TESLA vs EDISON, czyli z prądem lub pod prąd” w reżyserii Michała Derlatki to najnowszy spektakl Wrocławskiego Teatru Lalek. Nie ma co ukrywać, że tytuł przedstawienia nie przykuwa uwagi. Nie jest na pewno zachęcający nie tylko dla najmłodszych widzów, ale również dla ich rodziców. Można było przekonać się o tym podczas sobotniej premiery.

Dzieci wypełniły tylko pierwszy rząd. Pozostałe należały do dorosłych. Po raz kolejny realizatorzy nie trafili we właściwą grupę wiekową. Sześciolatki nie są w stanie zrozumieć fizycznych pojęć. Przynajmniej te przeciętne. Tekst Joanny Gerigk jest dla nich zdecydowanie za trudny - ze względu na naukowe aluzje. Bez wątpienia natomiast zajmie ich forma przekazu, o której nieco później. Na przedstawienie mogą wybrać się niewątpliwie uczniowie czwartej klasy szkoły podstawowej, a już na pewno gimnazjaliści. I dla nich będzie ono prawdziwą zabawą, która bezboleśnie przeradza się w lekcję przyrody lub fizyki. Z pełną odpowiedzialnością zachęcam więc nauczycieli do udziału w tym teatralnym przedsięwzięciu.

Spektakl ten jest mocno dydaktyczny. Można odnieść wrażenie, że miejscami za bardzo. Realizatorzy podkreślają, że zawiera ogromny potencjał edukacyjny. Zgoda. Szkoda tylko, że wkradł się do niego niepotrzebny encyklopedyzm. Intencje twórców wydają się być zrozumiałe. Wyjaśnienie poszczególnych zjawisk czy rozwijanie biografii naukowców miało przyczynić się do lepszego zrozumienia fabuły. W konsekwencji trzeba uznać to za walor scenariusza, choć recytowanie faktów powodowało, że spektakl trącił sztucznością. Fabuła przedstawienia jest jednak bardzo ciekawa. Akcja rozgrywa się na początku XX wieku. Opowieść oparta jest na faktach. Jej bohaterami są dwaj uczeni: Nicola Tesla, wynalazca m.in. silnika elektrycznego, radia, dynama rowerowego, i Thomas Edison, wynalazca m.in. żarówki, fonografu, mikrofonu węglowego i kamery filmowej. Widzowie są świadkami zaciętej rywalizacji o prymat w dziedzinie elektryczności. Uczestniczą wręcz w sporze pomiędzy uczonymi, ponieważ zapraszani są przez nich na scenę w charakterze pomocników. Większą otwartością odznacza się tutaj Tesla. Od samego początku bohater zyskuje sympatię publiczności. Podobnie zresztą jak kreujący go Konrad Kujawski. Ale tylko ze względu na pozytywną rolę. Jako aktor nie wykazał się artystycznym kunsztem. Zanadto przerysował swoją postać. Starał się być nad wyraz miły. Jego gra była starannie wyreżyserowana. Brakowało w niej miejsca na improwizację czy spontaniczność. Jawił się jako klaun - w negatywnym tego słowa znaczeniu. Rolę Edisona odegrał Jacek Radomski. Pomimo furii, w jakie wpadał jego bohater, cechował go stoicki spokój. Dojrzałość aktorską dało się dostrzec w każdej scenie i każdym geście. Widzowie, którzy nie byli zapraszani na scenę, również aktywnie uczestniczyli w aktorskich zmaganiach. Przewodzili prąd, wytwarzali pozytywną energię, trzymając się za ręce. Rzadko podobają mi się w teatrze takie interakcje. Ta była jednak przemyślana i stanowiła dobrze obecną integrację. Rzecz toczy się wartko i logicznie. Dialogi są pełne humoru, choć nie brakuje i gorzkich refleksji. Wdzięku dodaje spektaklowi Edyta Skarżyńska - aktorka o ogromnym potencjale komediowym (ale nie tylko), którą powinni zainteresować się reżyserzy filmowi. Jak to się stało, że taka osobowość nie została dotąd dostrzeżona i pokazana szerszej publiczności? Odnalazła się w każdym z czterech zadań aktorskich. Była przepełnioną dobrocią i optymizmem asystentką Tesli, ważną Marią Skłodowską-Curie, groźnym Isaakiem Newtonem i zabawnym Mefistofelesem. Udowodniła, że dysponuje szerokim wachlarzem aktorskich predyspozycji. Chyba jako jedyna bawiła się swoją rolą. Odważna i świadoma kunsztu jest filarem tego przedstawienia. Choćby dla niej warto wybrać się do Wrocławskiego Teatru Lalek.

Sam tekst nie jest szczególnie ambitny, ale zawiera za to bardzo mądre przesłanie. Człowiek żyje po to, aby dociekać, aby konsekwentnie dążyć do wyznaczonych sobie celów - także pomimo przeciwności losu i wbrew utartym schematom, aby działać, jak sugeruje już sam tytuł, „pod prąd”. Rozstrzygnięty zostaje również spór, którym sto lat temu żyła ludzkość: prąd stały czy zmienny? Ogromnym atutem przedstawienia jest scenografia Michała Dracza. Ona w pełni rekompensuje niewielkie mankamenty całości. Niezwykle praktyczna, a jednocześnie baśniowa. Jej plastyczność sprawia, że chce się dotknąć każdego przedmiotu, a nawet pobawić używanymi przez aktorów rekwizytami. Jestem przekonany, że spodoba się nawet najbardziej wybrednemu widzowi. Dzieciom i młodzieży na pewno!

Trwa ładowanie komentarzy...