Grupa naTemat

Nauczycielu, nie daj się w maju! (1)

Joanna jest absolwentką filologii angielskiej. Studiowała na jednym z państwowych uniwersytetów. W czerwcu 2006 roku przystąpiła do egzaminu magisterskiego. Studia ukończyła z wynikiem bardzo dobrym. Otrzymała uprawnienia do wykonywania zawodu nauczyciela języka angielskiego. Pracę w zawodzie rozpoczęła jednak wcześniej, bo już na początku stycznia 2005 roku. W czerwcu 2006 roku uzyskała stopień nauczyciela kontraktowego.

Pierwszego września 2007 roku została zatrudniona w charakterze nauczyciela języka angielskiego w jednym z zespołów szkół ponadgimnazjalnych w niewielkim miasteczku. Umowa została zawarta na czas nieokreślony. Pierwszego września 2008 roku rozpoczęła staż na stopień nauczyciela mianowanego, który miał zakończyć się w maju 2011 roku. Przez trzy lata uczyła we wszystkich typach szkół, wchodzących w skład owego zespołu, tj. w liceum ogólnokształcącym, technikum oraz zasadniczej szkole zawodowej. Już w pierwszym roku pracy w tej placówce powierzono jej funkcję wychowawcy w pierwszej klasie liceum. W kwietniu 2010 roku uczniowie ci zakończyli edukację i przystąpili do egzaminu dojrzałości. Przez cały ten okres rzetelnie wykonywała obowiązki wychowawcy klasy oraz nauczyciela przedmiotu. Współpracowała z dyrekcją, rodzicami oraz z uczniami. Nie otrzymała upomnienia, nagany, nie zostały jej przedstawione żadne zastrzeżenia, które dotyczyłyby jej pracy. Wręcz przeciwnie. W lutym 2008 roku dyrektor wystawił jej opinię, w której zaznaczył, że należy do grona wyróżniających się nauczycieli zespołu szkół i każdy obszar jej działalności zawodowej ocenił bardzo wysoko. Sumiennie przygotowywała się do zajęć, pełniła dyżury podczas przerw międzylekcyjnych, brała udział w radach pedagogicznych, zebraniach z rodzicami, konsultacjach, szkoleniach, organizowała szkolne akademie, konkursy, stale zdobywała wiedzę i umiejętności, by przyczyniać się do poprawy jakości pracy szkoły. Pod koniec 2008 roku zdobyła uprawnienia egzaminatora maturalnego w zakresie egzaminu maturalnego z języka angielskiego. Za zaangażowanie w wykonywaną pracę były jej przyznawane wysokie dodatki motywacyjne. W roku szkolnym 2009/2010 została powołana do szkolnego zespołu ds. ewaluacji (skład: pięć osób), którego zadaniem było badanie jakości pracy szkoły i jej poprawa. Odbyła w związku z tym stosowne szkolenie. Cieszyła się nieposzlakowaną opinią i była postrzegana jako wymagająca, kompetentna nauczycielka, chcąca dobrze przygotować młodzież do egzaminu maturalnego (w roku szkolnym 2009/2010 do egzaminu dojrzałości przygotowywała trzy klasy: dwie z liceum i jedną z technikum).
W marcu 2010 r. (już drugi rok z rzędu) została powołana przez dyrektora szkoły (przewodniczącego szkolnego zespołu egzaminacyjnego) do pracy w zespole do przeprowadzenia i oceniania części ustnej egzaminu maturalnego z języka angielskiego (funkcja: przewodniczący i egzaminator), które miały się odbyć 17.05., 18.05. oraz 24.05. i 25.05.2010 r. Uczestniczyła w pracach komisji 17.05. oraz 18.05. W piątek została telefonicznie poinformowana o natychmiastowym odwołaniu jej z powyższej funkcji, bez podania przyczyny.

W poniedziałek z samego rana udała się do szkoły, by uzyskać od dyrektora informację dotyczącą przyczyny podjętej przez niego decyzji. Złożyła wówczas stosowne pismo z prośbą o wyjaśnienie zaistniałej sytuacji. Dyrektor ustnie poinformował ją, że rodzice jednej z klas, którą wówczas uczyła, mają zamiar złożyć skargę uwzględniającą zastrzeżenia do jej pracy pedagogicznej. Dowiedziała się również, że i on zamierza podjąć względem niej działania wyjaśniające. Co ważne, w chwili odwołania Joanny z funkcji, skargi jeszcze nie było, a poza tym, te dwie sprawy wykluczają się (brak związku między nauczaniem swoich klas a egzaminowaniem uczniów z klas innych). W odczuciu nauczycielki było to podważenie jej kompetencji jako egzaminatora OKE. Decyzja bardzo negatywnie wpłynęła na jej opinię wśród rodziców, uczniów i nauczycieli. Poprosiła więc o pisemne poinformowanie o wyłączeniu z prac komisji oraz o podanie przyczyn. Uważała się za rzetelnego pracownika. Nic więc dziwnego, że chciała dopełnić wszelkich formalności. W odpowiedzi usłyszała, że decyzja ustna równa się pisemnej i że dyrektor nie wie czy jest sens pisemnego wyjaśnienia, ale skoro chce, to może skierować do niej pismo jutro. Joanna dowiedziała się również, że względem niej precyzowane są zarzuty (rodziców) i postraszono ją, że skarga będzie złożona również w kuratorium oświaty (do czego nigdy nie doszło). W związku tym, dyrektor oświadczył, że na wszelki wypadek odwołuje ją z prac komisji, mimo iż ma wiedzę na temat pozytywnych wyników zdających wcześniej uczniów. Warto w tym miejscu przywołać wypowiedź dyrektora: „Powiem wprost. Jak ja słyszę, od ucznia, że mu przed wejściem na egzamin dupa lata, to ja nie chcę takich egzaminatorów, którzy mi psują wizerunek szkoły. Jak dyrektor dostaje takie powiadomienia, to ma prawo zmienić skład komisji. Mnie zależy, żeby komisja robiła dobrą atmosferę. Sam fakt, że ludzie się boją nauczyciela, który egzaminuje, to ja mam innych nauczycieli. Nie chcę, żeby i z maturą zrobiło się tu zamieszanie”. Cytat ten pozwala określić ton i nastrój, w jakim przebiegała rozmowa. Joanna poczuła się dotknięta sposobem konwersacji. Pamiętała, że dyrektor często powołuje się na kuratorium, gdy w szkole pojawia się problem. Podczas tej rozmowy zaznaczył również, że ma tam już jedną sprawę i nie chce ich więcej. Wówczas też została poinformowana o terminie spotkania wyjaśniającego w związku ze złożoną przez rodziców skargą. Miało się ono odbyć się w najbliższą środę, na trzeciej godzinie lekcyjnej. Wtedy Joanna powinna prowadzić zajęcia z pierwszą klasą, więc skierowała do dyrektora pisemną prośbę o wyznaczenie zastępstwa. Pozostała ona bez odpowiedzi, a do klasy został skierowany (bez oficjalnego zastępstwa) pedagog szkolny. Gdyby Joanna nie złożyła pisma, dyrektor mógłby zarzucić jej, że pozostawiła klasę bez opieki, a w konsekwencji wymierzyć jej jedną z kar porządkowych. Mówiąc wprost, pozyskać kolejne argumenty niekorzystne dla Joanny. Nauczycielka pokrzyżowała przełożonemu szyki.

Spotkanie wyjaśniające odbyło się z zgodnie z zapowiedzią. Poza dyrektorem i Joanną wzięła w nim również udział wicedyrektorka. Spotkanie stanowiło początek postępowania wyjaśniającego w związku ze złożoną przez rodziców skargą. Podpisało ją pięciu na dwudziestu rodziców. Co ważne, została ona wystosowana przez rodziców uczniów mających trudności w nauce (nie tylko z nabywaniem wiadomości i umiejętności z języka angielskiego), uczniów często opuszczających zajęcia szkolne. Mimo próśb Joanna nie została zapoznana z treścią zażalenia (poza fragmentami wypowiedzi zawartymi w protokole przebiegu rozmowy, które cytował dyrektor z komputerowego pliku). Nie odnalazła w cytowanych fragmentach żadnych racjonalnych argumentów. Poprosiła o możliwość zapoznania, gdyż pozwoliłoby jej to bardziej merytorycznie odnieść się do sprawy. W myśl Karty Nauczyciela dyrektor szkoły odpowiedzialny jest za zapewnienie pomocy nauczycielom w realizacji ich zadań, a tymczasem atmosfera rozmowy (chaos w jej prowadzeniu, budowanie napięcia, brak możliwości dokończenia zdania, przerywanie wypowiedzi, presja czasu, zbyt szybkie zadawanie kolejnych pytań, sugerowanie odpowiedzi) nie sprzyjała godnemu ukazaniu swoich racji. Joanna nie miała możliwości zaprezentowania swojego punktu widzenia. Najpierw pytania zadawał dyrektor, przerywając co chwilę jej wypowiedzi, ponieważ sporządzał protokół. Wicedyrektorka, spóźniona na spotkanie, co można uznać za lekceważący stosunek do osoby Joanny, zadawała pytania, na które ich adresatka nie mogła odpowiedzieć, ponieważ przerywana była każda jej wypowiedź. Nie miała czasu na zebranie myśli. Usiłowano sugerować jej odpowiedzi. Dyrektor nie wiedział nawet o jakiej klasie mówi (zamiast „X”, wskazał „Y”, a zatem tej, której uczniowie już ukończyli szkołę). Stwierdzono, że lepiej byłoby, gdyby przestała uczyć klasę, z której wypłynęła rzekoma skarga, dla dobra wszystkich. Protestowała. Powiedziała, że nie ma sobie nic do zarzucenia w sprawie tego oddziału. Zaproponowała spotkanie z rodzicami, podczas którego chciała odpowiedzieć na wszystkie pytania i rozwiać ich wątpliwości. Dyrektor nie wziął pod uwagę jej propozycji. Sprawa ta została załatwiona poza nią: nie miała możliwości skonfrontowania tematu ani z uczniami, ani z rodzicami. Dyrektor podjął decyzję zaocznie, już na początku, skazując ją na przegraną. Nie dostała też czasu na przygotowanie się do rozmowy. W tym samym dniu, w którym odbywało się spotkanie, dyrektora odwiedzili inni rodzice uczniów tej samej klasy, którzy stanęli w jej obronie. O tym przełożony Joanny już nie wspomniał. Ponadto dyrektor przeprowadził w klasie głosowanie za pomocą ankiety. Uczniowie mieli odpowiedzieć na pytanie: Czy jesteś za zmianą nauczyciela języka angielskiego: tak czy nie. To oni mieli podjąć decyzję czy Joanna będzie nadal pracownikiem szkoły. O wynikach nie została poinformowana. Dyrektor (wraz ze swoją zastępczynią) wypytywał uczniów o metody pracy Joanny, o sposób prowadzenia lekcji. Wcześniej też często zdarzało się, że dyrektor wchodził na lekcję, wypraszał nauczyciela prowadzącego zajęcia i przeprowadzał wywiad na jego temat. Takie zachowanie uwłacza godności nauczyciela, a przede wszystkim człowieka. Takie działania dyrekcji bezwzględnie wpłynęły negatywnie na opinię Joanny wśród uczniów, rodziców i nauczycieli. Wychowawca klasy skarżącej zgłaszał jej, że i do niego dzwonią rodzice, którzy nie zgadzają się na zmianę nauczyciela. Informował o tym nawet dyrektora szkoły, ale ten nie wziął tej sugestii pod uwagę. Dyrektor nie uznał odpowiedzi Joanny za prawdziwe, co świadczyło o braku zaufania. Nauczycielka nie znajdowała jednak odpowiedzi, dlaczego. Miała poczucie kompletnego braku obiektywizmu, niezależnie od tego, jakie podawała argumenty. Dyrektor usiłował wmówić jej, że skargi składane były na nią również w zeszłym roku, ale nie została wówczas ukarana: „Rozmawiałem z panią jak ojciec z córką”. Joanna zwróciła się jeszcze raz z prośbą o pokazanie pisemnej skargi. Dyrektor przerywał jej, mówiąc, że pokaże później. W końcu zapytał, dlaczego się denerwuje: „Ja tej sytuacji nie spowodowałem, więc trzeba spokojnie odpowiadać na pytania i tyle. Spokojnie, pani się denerwuje a dyrektor wyjaśnia”. Czuła, że przełożony kpi sobie z jej zdenerwowania. Zdanie dyrektora i wicedyrektorki w sprawie danej sytuacji (rzekomo wnikliwie zbadanej przez jej przełożonych) było rozbieżne. Nie miała możliwości obrony, gdyż zarówno dyrektor, jak i wicedyrektorka, atakowali ją. Traktowali tak, że czuła się jak przestępczyni. Dyrektor odwoływał się do jej sumienia: "Uczniowie, pod wpływem zbyt wysokich wymagań, nie wytrzymują i skaczą z dachu lub rzucają się pod pociąg". Na pytanie Joanny, czy może liczyć na zwrot przedstawionych prac klasowych i sprawdzianów, wicedyrektorka drwiąco odpowiedziała: „Oczywiście, że oddamy pani prace klasowe i sprawdziany. Przecież musi mieć pani co pokazać w sądzie”. Spotkanie przypominało przesłuchanie policyjne, a nie próbę rozwiązania problemu. Wicedyrektorka w momencie udzielania przez Joannę odpowiedzi uśmiechała się złośliwie. Dyrektor zapowiedział, że nazajutrz odbędzie się kolejne spotkanie w związku z zaistniałą sytuacją. Po rozmowie, ze względu na złe samopoczucie, Joanna udała się do pielęgniarki szkolnej z prośbą o zmierzenie ciśnienia. Pielęgniarka stwierdziła, że jest ono bardzo wysokie i że nauczycielka musiała albo biec, albo spotkało ją coś bardzo irytującego.

W czwartek odbyło się kolejne spotkanie z dyrektorem (na lekcji, za którą dyrektor nie zorganizował oficjalnego zastępstwa). Przełożony stwierdził, że nie doczytał wczoraj skargi rodziców i w związku z tym trzeba uzupełnić protokół, ponieważ niektóre pytania pozostały bez odpowiedzi. Dodał, że zapomniał również zapytać Joannę, co ona sądzi o tej sprawie, bo w końcu to jej ona dotyczy. Mówił też, że jeszcze dzisiaj odbędzie się zebranie z rodzicami, na które się wybiera, ale nie wie czy rodzice dopiszą, bo z nim też nie za bardzo chcą rozmawiać. Poinformował Joannę także, że lepiej będzie jak do wyjaśnienia sprawy nie będzie wchodziła na zajęcia do uczniów, których rodzice złożyli skargę. Joanna natychmiast przedłożyła pismo, w którym domagała się kolejny raz ustalenia oficjalnych zastępstw (ze względu na bezpieczeństwo dzieci). Dyrektor powiedział, że jutro, najdalej w piątek odniesie się do złożonej skargi. Zaprosił Joannę na piątek (kolejna lekcja bez zastępstwa) na dalszą część wyjaśniania.

W piątek odbyło się ostatnie spotkanie. Dyrektor (w asyście kadrowej) wręczył Joannie pismo, w którym poinformował ją o odsunięciu od prowadzenia zajęć w klasie, której dotyczy skarga. Obowiązki miała przejąć inna nauczycielka języka angielskiego (na znak solidarności z Joanną przejęła), która odpowiedzialna była również za wystawienie ocen rocznych w tej klasie. Drugie pismo, jakie otrzymała Joanna, to wypowiedzenie umowy o pracę. Gdy poprosiła o wyjaśnienia, dyrektor stwierdził, że „wszystko zawarte jest w uzasadnieniu i że nie ma takiej potrzeby. Na to są odpowiednie paragrafy. To zostało w jakiś tam sposób udowodnione w moim postępowaniu, jeśli sąd będzie chciał…”. Ponadto zaszantażował ją: „Musi pani, pani Joanno zastanowić się nad daną sytuacją. Jest pani młodą nauczycielką. Proszę pamiętać, że istnieje jeszcze forma rozwiązania warunków pracy na zasadzie porozumienia stron, że czeka panią również ocena dorobku zawodowego. Także…Ma pani czas, jeszcze rok szkolny trwa… Tak jak mówię, proszę zastanowić się czy nie skorzystać z innej formy, bo, nie wiem, przyszłość należy do pani. Przed panią ocena dorobku zawodowego…”.

Za chęć uzyskania odpowiedzi na postawione pytania, za domaganie się sprawiedliwości i godnego traktowania, Joanna została zwolniona z pracy. Warto zaznaczyć, że w ciągu trzech lat dyrektor tylko raz hospitował prowadzoną przez nią lekcję i miało to miejsce w pierwszym roku pracy. Joanna nie otrzymała w rozmowie pohospitacyjnej żadnych zaleceń. Przez cały czas pozostawała w bardzo dobrych stosunkach z opiekunem stażu, który nie miał zastrzeżeń do jej pracy i wspierał ją w realizacji zadań statutowych.

Joanna do końca nie wiedziała, dlaczego względem niej zostały podjęte takie działania. Zastanawiała się, czym zasłużyła sobie na takie traktowanie. Przykry jest fakt, że została pozostawiona sama sobie i nie mogła liczyć na żadną pomoc, na niczyje wsparcie, a tego oczekiwała od doświadczonego zawodowo dyrektora, który powtarzał wyświechtane słowa: „Nauczyciel, który stawia uczniowi kolejną jedynkę, następną powinien postawić sobie”. Joanna nie miała możliwości wytłumaczenia oraz obrony. Nie mogła zrozumieć, dlaczego podwyższano jej dodatki motywacyjne, skoro, zdaniem dyrektora, nie wywiązywała się z zadań należących do nauczyciela, dlaczego powoływano ją do zespołów usprawniających pracę szkoły, skoro uważano, że nie przestrzegała regulaminowych zasad. Nie rozumiała, dlaczego odsunięto ją od nauczania w klasie „A” i pozwolono pracować w „B”. Skoro dyrektor za przyczynę rozwiązania umowy o pracę uznał nieprawidłowości w zakresie oceniania uczniów oraz postępowanie niezgodne z dobrem ucznia i brak poszanowania godności osobistej ucznia, powinien przecież pozbawić ją możliwości uczenia w obu zespołach. Wydawało jej się to bardzo niesprawiedliwe…Nie pomógł prezydent, nie pomógł kurator oświaty, nie pomógł szef jednej z okręgowych komisji egzaminacyjnych… Pomógł dobry adwokat. I sąd. Ciąg dalszy nastąpi.
ZOBACZ TAKŻE:
WIĘCEJ NA TEMAT:
EdukacjaNauczyciele
Skomentuj